Czy fiskus będzie śledzić auta firmowe?

Błażej Sarzalski        08 marca 2018        2 komentarze

Ponieważ poprzedni wpis w zbeletryzowanej formie trafił do dosyć dużej liczby czytelników, podbijając znacznie statystyki bloga to nie oceniając jeszcze, czy taka forma jest dobra, czy też nie, postanowiłem kontynuować ten mały eksperyment. Zaczynamy dzisiaj w momencie, gdzie skończyliśmy w ostatnim wpisie, więc jeżeli ktoś nie zna jeszcze głównych bohaterów to zalecam rozpoczęcie od wpisu dotyczącego anonimowości wspólników w spółkach z o.o.

* * *

– A słyszał mecenas o tym pomyśle, żeby Ministerstwo Finansów śledziło numery rejestracyjne przedsiębiorców? – zagadnął Juhas, który wciągał już drugi kawałek jabłecznika – ja tutaj, mając wzgląd na damskie towarzystwo, powstrzymam się od mocniejszego komentarza, ale to jest skandal.

– Szczerze? Nie słyszałem jeszcze – odparłem.

– Kwiczoł, weź tu mecenasowi Wybiórczą podaj, niech zerknie sobie – polecił Juhas, a Kwiczoł bez ociągania wyjął z teczki wczorajszy numer Gazety Wyborczej.

Od kiedy to górale czytają Wyborczą?

Zerknąłem jednak w gazetę. Rzeczywiście, coś było na rzeczy. Reporterzy pisali, że Ministerstwo Finansów będzie namierzać po numerach rejestracyjnych samochody osobowe i ciężarowe należące do przedsiębiorców. Tablice będą skanowane. Jak? Tego nie napisali. Jeśli przedsiębiorca ma straty, a jego samochody są w ruchu, to fiskus będzie podejrzewał oszustwa podatkowe. „To niedopuszczalna inwigilacja” – konkludował autor artykułu.

Serio? Obudził się śpiący królewicz.

Przecież w dziesiątkach memów internetowych przewijało się zdanie przypisywane Tocqueville’owi: „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”. W sumie nie jest istotne to, że de Tocqueville nie ujął tego dokładnie w taki sposób i jest to jedynie parafraza. Istotne jest to, że już od starożytności było wiadomo, że tylko pełna kontrola życia ludzi daje szansę na zaspokojenie apetytów władzy, a to był po prostu kolejny krok po centralnej bazie rachunków bankowych, jednolitym pliku kontrolnym i mnóstwie innych pomysłów, które pozwalają nas szpiegować. Rozwój technologii szedł w parze z tymi pomysłami, Internet, powszechny dostęp do telefonów komórkowych, konie trojańskie czy spyware. Dlatego Juhas i jego kompani ograniczali ryzyko, używali starych Nokii 3210, szyfrowali pocztę elektroniczną, której serwer był gdzieś na Panamie. Gdy kupowali auto, dbali o to aby w salonie nie wcisnęli im GPSa.

– Ale panów to chyba nie dotyczy? – uśmiechnąłem się, domyślając się, że nowa fura Juhasa była leasingowana w Czechach na kontrolowaną przez wymyślny holding czeską společnost s ručením omezeným*.

– Może i nie dotyczy, ale to jest skandal. Ja robię różne biznesy mecenasie, ale nigdy nic przeciwko zwykłym, dobrym ludziom – oho, znalazł się Janosik – jedyne co państwo zyska dzięki takiemu zachowaniu to kilku frajerów, którzy samochodów służbowych używają, aby pojechać sobie na niedzielne zakupy, tfu, tego też zakazali, na zakupy, zamiast używać auto do celów służbowych.

– Może jednak ma to jakiś sens? Infrastruktura na drogach krajowych już jest, a chodzi chyba o to, żeby jak w tym łódzkim Ptaku, sprawdzać jak często jeżdżą, ile towaru dowożą, albo żeby sprawdzać, czy towar wyjeżdża z kraju, przy przekrętach na podatku VAT – odpowiedziałem trochę bez przekonania, w końcu nikomu nie uśmiecha się wizja totalnej inwigilacji.

– Ja panu mówię mecenasie, prawdziwych przekrętów to nie powstrzyma – uciął Juhas i chyba nie miałem podstaw by mu nie wierzyć.

Całej rozmowie przysłuchiwali się w milczeniu Kwiczoł i Jagna. Zastanawiałem się, czy oni mają jakieś swoje zdanie w tym temacie? Jakie to miałoby jednak znaczenie? Co oni mogą zmienić? Jagna wydawała się dziwnie poddenerwowana. Czyżby to wcześniejsza reprymenda Babci Wierzby tak na nią podziałała? Szukała jednak mojego spojrzenia, jakby chciała o coś zapytać.

Obiad zmierzał jednak ku końcowi i chyba nie będzie miała okazji do rozmowy, to Juhas zapraszał, a z nim wszelkie tematy poruszone. Podniosłem się i udałem w stronę toalet.

* * *

*czeski odpowiednik spółki z ograniczoną odpowiedzialnością

To oczywiście fikcyjna konwersacja, ale pomysł Ministerstwa jest prawdziwy.

Jeżeli zainteresował Cię ten wpis to daj proszę znać,  masz też możliwość subskrybowania bloga – zapisz się po więcej.

Jak zmiany w KRS wpłyną na anonimowość właścicieli spółek?

Błażej Sarzalski        06 marca 2018        8 komentarzy

Mój wysłużony Ford sunął przez las powiatową szosą nr 941. Zbliżało się południe, jednak wysokie drzewa skutecznie rzucały cień na wzbijającą się serpentynami drogę. Spojrzałem na odczyt komputera pokładowego, temperatura spadała. Minąłem zdyszanego rowerzystę. Szczerze mu współczułem, wędrówki górskie zawsze były mi bliskie, ale nigdy nie potrafiłem zrozumieć co ludzie widzą we wjeżdżaniu asfaltową szosą pod górę. Kolejny zakręt i kolejny. Znów zrobiło się jaśniej, zbliżałem się do przełęczy.

Ludzie do których jechałem nie lubią rozgłosu, jednak wyznaczanie spotkania w Karczmie na Przełęczy wydawało mi się pozbawione sensu. Wszyscy wiedzieli, że Juhas tam bywa. Było tyle lepszych miejsc w okolicach Katowic, w których moglibyśmy spokojnie usiąść i porozmawiać, zjeść roladę z kluskami śląskimi i w niespiesznej atmosferze obiadu przemycić kilka istotnych kwestii dotyczących ich biznesu, nie mówiąc już o tym, że najbardziej naturalnym miejscem spotkania byłoby moje biuro. Ciche, spokojne, nierzucające się w oczy, w pozbawionej wielkomiejskiego zgiełku Warszawy, czy Katowic kamienicy – dawnej siedzibie sądu rejonowego.

Juhas wybrał jednak górską knajpę na Kubalonce. Trafił mi się lokalny patriota. Nie, to nie do końca drwina. Karczma na Przełęczy była znana z tego, że spotykają się w niej lokalni biznesmeni, samorządowcy, księża i śmietanka góralskiego półświatka. Gminne legendy głosiły, że począwszy od Kubalonki i idąc dalej na południe polska Ordynacja podatkowa się nie przyjęła, ostatniego komornika skarbowego pogoniono po góralsku, z przytupem, a wszystkie te nowe domy z bali stawiane przez górali budowane są za gotówkę. Z nieujawnionych źródeł,  oczywiście.

Polski trójkąt bermudzki.

Juhas trząsł całym istebniańskim światem, czuł się w nim bezpiecznie. Na południowy zachód rozciągało się władztwo jabłonkowskie, na wschód czadeckie, ale w Istebnej i przyległościach to on był panem. Wjechałem na dziedziniec Karczmy, niewielka liczba samochodów wskazywała, jak to w środku tygodnia wczesną wiosną, że niewielu turystów zdecydowało się na góralski obiad. Jednak wartości tych kilku zaparkowanych samochodów starczyłoby na kupno małego parku maszynowego dla korporacji taksówkarskiej albo przedstawicieli handlowych.

Juhas już czekał.

* * *

– Ach, pan mecenas! – rzucił Juhas zza koryta z jajecznicą – może śniadanko?

– Nie, dziękuję, pora już raczej obiadowa – odparłem.

– Ma Pan rację! – zakrzyknął i zawołał kelnera. Ledwo jajecznica znikła sprzed Juhasa to już pojawiła się przed nim bogata kwaśnica na żeberku, a zamówienie dopełniała golonka po beskidzku, z wody, bo Juhas był na diecie, kapusta zasmażana i ziemniaki pieczone. Ja zadowoliłem się samą zupą. Była wyborna.

– Co tam w wielkim świecie mecenasie? – zagadnął Juhas – my tu, widzi pan, nie ruszamy się za często z tych naszych istebniańskich rewirów i nie wiemy co za przełęczą piszczy – zażartował.

– Chciałbym powiedzieć, że nic nowego, ale nie byłaby to prawda – odparłem – pojawiły się pewne komplikacje w związku z anonimowością pana biznesów.

O tym, że grupą katowickich spółek z branży budowlanej zawiaduje z tylnego siedzenia Juhas wiedziałem ja, a także oślizgły asystent Juhasa, którego wszyscy nazywali, chyba dla żartu, Kwiczołem, bo za nic nie przypominał on aktora z legendarnego serialu, Jagna, lekko przysadzista asystentka Juhasa i prezeska wielu jego spółek oraz matka Juhasa, nobliwa pani, nazywana Babcią Wierzbą. To przezwisko wynikać miało z tego, że jej wpływy, tak jak pędy wierzby płaczącej, spadały na całą Istebną i okolice. Mówiło się o niej, że to ona stworzyła podwaliny pod małe imperium Juhasa. Wszyscy oni siedzieli przy drewnianej ławie i wydawali mi się jakby nie z tego świata.

O interesach Juhasa mogli mieć jeszcze mieć jakieś mgliste pojęcie bankierzy, ale wszelkie konta bankowe zakładane były przez Jagnę w czasie, gdy spółki należały tylko do niej. Po ich sprzedaży, Jagna chyba zapomniała zaktualizować danych o beneficjentach kont. Zresztą bank też nie naciskał. Miał naprawdę dobrego klienta. Czy to wszystko miało się zmienić?

– Nie ma problemu, którego nie rozwiążemy mecenasie, przecież to zawsze chodzi tylko o odpowiednią ilość dutków – uśmiechnął się Juhas żując kawałek żeberka – o co chodzi?

Zmieniły się przepisy o rejestrze przedsiębiorców, będziemy musieli doręczyć sądowi listę obejmującą nazwiska i imiona oraz adresy osób uprawnionych do powoływania zarządów w pana spółeczkach, a jak wiemy nasza konstrukcja ze spółkami LLC z Delaware, w których jest pan jedynym wspólnikiem powoduje, że jedyną osobą, którą musimy wylistować…

– Będzie Kwiczoł – uśmiechnął się zawadiacko Juhas dając łokcia swojemu przybocznemu – zgłaszasz się na ochotnika, prawda Kwiczoł? Jak to mecenasie zrobimy? Zrobimy Kwiczoła menedżerem? Daj pan dokumenty, zaraz podpiszemy.

Kwiczoł nawet nie przełknął śliny, wiedziałem, że jest oddany Juhasowi w całej rozciągłości, ale analizując szybko jego wyraz twarzy, doszedłem do wniosku, że nie uśmiechało się mu chyba ujawniać w świetle reflektorów. Był od zawsze szarą eminencją i taki chciał pozostać.

– Możemy zrobić pana Kwiczoła menedżerem, wystarczy, że podpisze pan uchwałę o zmianie umowy spółki i powołaniu menedżerów, a agent w Stanach zajmie się przygotowaniem dokumentacji poświadczającej zmiany, ale jest też kilka innych opcji – odparłem spokojnie.

– Są tańsze? – wtrąciła rzeczowo Jagna

– Tańsze, tańsze – znienacka oburzyła się, dotychczas cicha, Babcia Wierzba – co to my, z Krakowa som, co by dutków żałować dla dobrego pana mecenasa? A może są rozwiązania bezpieczniejsze, dalej idące, nie wyciągające dobrego pana Kwiczoła na kandelabr?

– Ależ oczywiście droga pani – odpowiedziałem – możemy rozszerzyć trochę naszą strukturę, na przykład poprzez sprzedaż praw do uczestnictwa w spółce LLC z pana Juhasa na przykład na spółkę offshore, może być na Seszelach, Wyspach Dziewiczych albo Belize, w której ustanowilibyśmy dyrektora nominowanego.

– No i to mi się podoba, działaj lokalnie, myśl globalnie – uśmiechnął się Juhas do Kwiczoła – widzisz Kwiczołciu, nie będziesz musiał robić za bossa całego mojego imperium, bossa umieścimy wygodnie, gdzieś pod cieniem palmy, w końcu taki boss to nie przelewki, zasługuje na dłuuugie wakacje na antypodach, w końcu dźwiga na sobie cały biznes.

– Będziemy musieli dodać jeszcze adres do doręczeń na terenie Unii Europejskiej, ale to nie problem, jest wiele serwisów internetowych, w których możemy wynająć skrzynkę adresową, w Wielkiej Brytanii na przykład – dodałem – poczta będzie skanowana i wysyłana wprost w ręce pana Juhasa.

– Coraz bardziej mi się to podoba – rzekł Juhas znad golonki.

– Dość o interesach, mecenasie, może deser? – zagadnęła Babcia Wierzba – mają tutaj świetny jabłecznik, sama bym lepszego nie upiekła.

– Z przyjemnością – nie mogłem się przecież oprzeć pokusie.

* * *

Szarlotka była rewelacyjna.

Jak u babci, a nawet lepsza. Podana na ciepło, z rozpływającym się lodem śmietankowym, listkiem mięty i malinami. Dzisiaj równać mogłaby by się temu tylko jakaś dobrze zmrożona pina colada, gdzieś na rajskiej plaży na Karaibach. Uśmiechnąłem się do siebie i tego skojarzenia. Nie jest jeszcze tak źle z tą anonimowością jak mogłoby się wydawać.

* * *

Dane osobowe i sytuacje we wpisie są oczywiście wytworem mojej fantazji. Rozwiązania prawne jakie zaprezentował w nim mecenas są jednak możliwe do wprowadzenia. Ten wpis jest pewnego rodzaju eksperymentem, więc jeżeli eksperyment się przyjmie, to może będzie więcej takich wpisów.

Jeżeli zainteresował Cię ten wpis to daj proszę znać,  masz też możliwość subskrybowania bloga – zapisz się po więcej.

Jednolity Plik Kontrolny a cesarz Dioklecjan

Błażej Sarzalski        21 lutego 2018        4 komentarze

W końcówce III wieku naszej ery finanse Cesarstwa Rzymskiego przeżywały zabójczy kryzys. Lata psucia wartości waluty doprowadziły do długiego okresu hiperinflacji, okresu znanego jako kryzys Cesarstwa, który zakończył się w 284 roku n.e. wraz z początkiem panowania cesarza Dioklecjana.

Wyobraź sobie, że za czasów Juliusza Cezara (a więc jeszcze przed naszą erą), rzymski srebrny denar zawierał 98% czystego srebra. Dwa wieki później, w okolicach 150 roku naszej ery, ilość srebra spadła do 83,5%. W późnych latach “dwusetnych” wynosiła ona wyłącznie 5%.

Wraz z postępującą dewaluacją pieniądza rosły ceny. Przykładowo pszenica podrożała o 4000% zaledwie w ciągu trzech dekad III wieku. Cesarzowi Dioklecjanowi przyszło reformować nie tylko anachroniczny system władzy, ale także szukać uzdrowienia cesarstwa, toczonego rakiem kryzysu gospodarczego. Wpadł wtedy na “genialny” pomysł ustanowienia cen sztywnych w drodze edyktu.

Ustanowiono ceny urzędowe na absolutnie wszelkie istotne dobra w imperium. Jedzenie, opał, ustalono w ten sposób wynagrodzenia. Ten kto sprzeciwił się ustalonej cenie maksymalnej karany był śmiercią. O ile jednak z tego edyktu dosyć szybko się wycofano (bo szara strefa i tak szalała) to równolegle Dioklecjan zapoczątkował reformę podatkową.

Co zrobił? Wprowadził jednolity plik kontrolny 🙂

Nakazał on powszechny cenzus majątkowy, aby dowiedzieć się jakimi majątkami dysponują obywatele rzymscy. Na jego polecenie policzono wszelkie grunty, inwentarz żywy, zbiory rolne i dzięki powszechnemu cenzusowi majątkowemu poznano dochody każdego gospodarstwa i obywatela. Urzędnicy zwiedzali cały kraj i dokonali pełnego spisu własności poddanych Dioklecjana. Wprowadzono następnie podatki progresywne (pobierane często w inwentarzu i płodach rolnych). Dekurionowie, których zobowiązano do pobierania podatku od podatników odpowiadali z własnej kieszeni za pobranie podatku.

Każdy, kto się sprzeciwiał był karany? No zgadnij jak 🙂

Jakieś 18 wieków później, we współczesnej Europie rząd włoski przoduje właśnie we wprowadzaniu wymyślnych systemów informatycznych, które śledzą podatnika. Pogłębiający się dług publiczny Włoch skłania władze np. do ograniczania płatności gotówką i do jednoczesnego wprowadzania oprogramowania, które analizuje zachowania podatników, włącznie z systemami, które sprawdzają jak często płacisz kartą (jeżeli za rzadko, to pewnie gdzieś ukrywasz wpływy gotówkowe), czy to jakie masz oszczędności w bankach (jeżeli je masz to znaczy, że ich nie uszczuplasz, co oznacza, że na pewno masz dochody z szarej strefy). Takie algorytmy już mogą istnieć i typować do kontroli Bogu ducha winnych Włochów.

Szczęśliwie nie przewidują kary głównej za oszustwa podatkowe.

Tymczasem za kilka dni upływa termin powszechnego składania przez polskich mikro i małych przedsiębiorców pierwszego jednolitego pliku kontrolnego. Co uzmysławia mi, że rząd w potrzebie nie cofnie się przed żadnym zagraniem, które poszerzy bazę podatkową. W zestawieniu z ograniczeniem możliwości płatności gotówkowych między przedsiębiorcami, Centralną Bazą Rachunków Bankowych, CRS, analityką podatkową i specjalnym oprogramowaniem, a także mechanizmem nagród dla urzędników administracji skarbowej, którzy wykrywają nadużycia (albo “wykrywają” “nadużycia”), możemy być pewni, że 18 wieków mija, a ludzie są dalej mentalnie w tym samym miejscu.

Chciałbym wierzyć, że JPK to będzie taki młotek, narzędzie, którym można wiele naprawić.

Boję się jednak, że analityka oparta na pliku, zamiast naprawiać, doprowadzi do walnięcia owym młotkiem w miejsca, które niekoniecznie tego wymagają.

Do czego to wszystko prowadzi?

(Mnie na przykład do wniosku, że jeżeli nie musisz być podatnikiem VAT to rozważ dwa razy, czy Ci się to opłaca)

Kogo dotyczy ustawa o jawności życia publicznego?

Błażej Sarzalski        19 lutego 2018        2 komentarze

Ustawa o jawności życia publicznego spowoduje, że mniej-więcej 1/38 społeczeństwa polskiego będzie musiała się spowiadać i to bardzo dokładnie ze swojego majątku. Trudno oczywiście mówić o jakichś konkretach, w sytuacji, gdy ustawa jest jeszcze w fazie konsultacji międzyrządowych, ale podnoszenie wątpliwości wobec jej regulacji, już na tym etapie, przez Rzecznika Praw Obywatelskich, sprawiło, że zainteresowałem się tematem.

I bardzo dobrze, że to zrobiłem.

Żyłem bowiem dotychczas w przekonaniu, że o ustawie będę się wypowiadał co najwyżej zawodowo, jako radca prawny, który nie podlega ustawie, mimo wykonywania zawodu zaufania publicznego. Jak się jednak okazało, należę do kategorii osób, których dotyczy ustawa o jawności życia publicznego. To około 150 różnych kategorii osób.

Ja podpadam pod zaszczytną kategorię członka organu nadzorczego “spółki zobowiązanej”, czyli takiej, w której Skarb Państwa albo jednostka samorządu terytorialnego ma co najmniej 20% udziałów lub akcji. Co ciekawe jednak, norma ustawowa wiąże z moją eksponowaną pozycją obowiązek złożenia oświadczenia do dwóch różnych organów, tj. ministrowi właściwemu ze względu na przedmiot działania spółki (sic! – nie mam pojęcia szczerze komu!) i organowi wykonawczemu jednostki samorządu terytorialnemu – mamy zabawną sytuację, w której mamy przepis, którego hipoteza (a więc zwrot: kto jest członkiem rady nadzorczej spółki zobowiązanej), ma dwie różne dyspozycje (ten składa oświadczenie majątkowe na ręce XY).

Zapewne niechlujna legislacja i chodzi o to, że ja mam się spowiadać wójtowi, a niekoniecznie ministrowi, ale z treści ustawy wprost to nie wynika i dopiero proces wykładni przepisów może doprowadzić do tego, że ustalimy, mimo wadliwej techniki legislacyjnej, prawidłową treść normatywną przepisów.

Na szczęście, nie jestem jedyny, który musi się spowiadać, spowiada się przecież Prezydent, Prezes Rady Ministrów, ministrowie, ale też np. sędziowie, osoby wydające decyzje administracyjne, radni, posłowie, senatorowie itp.

Najciekawsze kategorie osób objętych ustawą to: ławnicy (tak, w większości mili emeryci, których jedynym majątkiem jest własne M z czasów PRL), szeregowi strażacy, policjanci i pracownicy policji, żandarmi, strażnicy gminni, egzaminatorzy WORDów, urzędnicy sądowi (tacy sekretarze, co na pensjach minimalnych albo nawet zleceniach pracują).

W pewnym zakresie oświadczenia dotyczą też majątków wspólnych, więc jeżeli Wasza druga połówka prowadzi dochodowy biznes albo odziedziczyła duży spadek to… drżyjcie, zrezygnujcie z funkcji bądź pogódźcie się z regulacjami.

Ja jeszcze nie podjąłem decyzji, ale zacznę monitorować kwestię tej ustawy. Ostatecznie, przynajmniej dla osób, które są w moim położeniu i np. wchodzą w skład rad nadzorczych spółek komunalnych pojawi się pytanie – czy dla kilkuset złotych rocznie warto ujawniać potencjalnie nieograniczonemu kręgowi osób informacje o swoim majątku?

Tutaj link do aktualnego rządowego stadium uzgodnień.

Akcje i udziały nie dla sędziów?

Błażej Sarzalski        11 stycznia 2018        3 komentarze

Akcje i udziały posiadane przez sędziów

Akcje spółek akcyjnych i udziały spółek z ograniczoną odpowiedzialnością w rękach sędziów to wyzwanie dla ich niezawisłości, ale tylko w przypadku, gdy mają decydować o prawach i obowiązkach tych spółek, ich akcjonariuszy, bądź podmiotów powiązanych albo podmiotów z którymi owe spółki są w sporze. Do zabezpieczenia przed ryzykiem konfliktu interesów w zupełności wystarczyłby system, w którym sędziowie ujawniają w swoich oświadczeniach majątkowych akcje i udziały w spółkach, z zakazem posiadania więcej niż 10% akcji/udziałów w spółce oraz przepisy dotyczące wyłączenia sędziego w razie konfliktu interesów.

Czyli taki system, który do tej chwili mniej-więcej obowiązywał.

Tymczasem nowa ustawa o Sądzie Najwyższym, która wjedzie w życie w kwietniu tego roku, w jeszcze dalej idący sposób ogranicza uprawnienia sędziów, de facto zabraniając im korzystania z zysków wynikających z takich udziałów lub akcji w czasie pełnienia obowiązków sędziego.

Ustawodawca osiągnął to poprzez następujące regulacje:

  • sędziowie ujawniają akcje i udziały,
  • nie mogą ich mieć więcej niż 10% w danej spółce,
  • zyski z udziałów lub akcji mają przekazywać albo na wskazany przez siebie cel publiczny albo na rachunek wskazany przez prezesa sądu – w pierwszym wypadku tracą zysk, w drugim mogą korzystać z tych środków dopiero w stanie spoczynku, niewykonanie tego obowiązku oznacza zrzeczenie się stanowiska sędziego.

Czy taka regulacja była konieczna? Nie sądzę. Sędzia, chociaż rzeczywiście, z racji sprawowanego przez niego urzędu musi podlegać ograniczeniom, jest także osobą, która korzysta z praw i wolności gwarantowanych konstytucją i Europejską Konwencją Praw Człowieka, a te przepisy z kolei ustalają reguły proporcjonalności ingerencji w prawa i wolności osobiste.

Czy słusznym jest z tymi przepisami walczyć? Tak, obstawiam, że znajdzie się nie jeden sędzia, który pozwie Skarb Państwa o odszkodowanie z tytułu niemożności korzystania z prawa własności, pewnie skończy się to w Strasburgu.

Czy można próbować zapobiec negatywnym skutkom ustawy? Można.

Po pierwsze, sędzia może skorzystać z instytucji powiernictwa lub trustu przekazując udziały zaufanej osobie trzeciej.

Po drugie, sędzia może skorzystać ze spółki offshore z akcjonariuszami i dyrektorami nominowanymi.

Po trzecie, może skorzystać z prawa posiadania akcji na okaziciela i w taki sposób manewrować posiadanymi akcjami, aby realizacja zysku z nich (np. dywidendy) w spółce akcyjnej przypadała innym osobom (np. jego rodzinie), natomiast po realizacji zysku, rodzina może zupełnie anonimowo przekazać te akcje ponownie sędziemu.

Po czwarte, sędzia może być fundatorem a także członkiem zarządu fundacji, czy to prawa polskiego czy prawa obcego, która nie prowadzi działalności gospodarczej, a taka fundacja nie ma ograniczeń w nabywaniu akcji.

Oczywiście nie wierzę w to, że wielu sędziów będzie próbowało w powyższy sposób “obejść” ustawy o sądownictwie, jednakże służę przykładem sędziów dla zilustrowania jakie luki mają tego typu regulacje.

P.S. A może politycy sami sobie by zafundowali takie rozwiązania?